FOT. JAKUB PORZYCKI / AGENCJA GAZETA

Małgorzata Skowrońska

Kościół w Polsce nie radzi sobie z problemem pedofilii. Kościelne raporty nie pokazują skali prze
stępstw, za deklaracjami hierarchów, że zrobią wszystko, by przeciąć ten wrzód, nie idą czyny, a betonowe skrzydło episkopatu zalicza kolejne wpadki. Gdy w marcu 2019 r. zwołano konferencję prezentującą kościelny raport, zapowiadaną jako przełom w walce z wykorzystywaniem seksualnym dzieci, wszyscy liczyliśmy na zmianę polityki, a przede wszystkim na przyznanie się do winy wieloletnich zaniechań i systemowej ochrony sprawców w sutannach. Dostaliśmy garść kontrowersyjnych cytatów („To jest problem całego świata”, „Trzeba okazywać miłosierdzie sprawcom”, „Tworzy się programy seksualizacji dzieci”). Żadnego pochylenia się nad ofiarą, żadnej empatii i uderzenia się w piersi nie było.

BRONI JANA PAWŁA II I SIEBIE

Kardynała Dziwisza, wówczas już byłego metropolity krakowskiego, na niesławnej konferencji nie było. Ale to on zabierał głos, gdy pojawiały się oskarżenia wobec Jana Pawła II i jego pontyfikatu. Wojtyle zarzuca się bagatelizowanie problemu pedofilii w Kościele. Jego administracja – jeśli już musiała zająć się tego typu przestępstwami – działała opieszale albo wręcz grała na wyciszenie sprawy. Jako były papieski sekretarz, a dziś kustosz pamięci po Janie Pawle II, Dziwisz miałby w tej sprawie wiele do powiedzenia. Głos zabiera jednak rzadko, a jeśli już to robi, zawsze przywołuje przełomowe dla Kościoła dokumenty.
Tak było pod koniec marca ubiegłego roku, gdy kardynał wydał oświadczenie „Jan Paweł II wobec wykorzystywania seksualnego w Kościele”. Pisze w nim, że zarzuty wobec Wojtyły są nie tylko krzywdzące, ale też przeczą im historyczne fakty. Na dowód przywołuje watykański dokument z 2001 r.
Warto ten fragment oświadczenia przytoczyć w całości, bo pokazuje, jak daleko kard. Dziwisz odszedł od nakazów swojego szefa: „Wiemy, że w 2002 r. doszło w Stanach Zjednoczonych do fali ujawnień, jakie wywoła
ły publikacje znane wszystkim pod nazwą »Spotlight«. Nie wszyscy jednak pamiętają, że na rok przed tymi wydarzeniami, w maju 2001 roku, z inicjatywy Ojca Świętego został ogłoszony dokument »Sacramentorum sanctitatis tutela« (O ochronie świętości sakramentów). Wtedy również Papież promulgował normy »O najcięższych przestępstwach«. Znamy przełomowe znaczenie tego aktu prawnego. Jan Paweł II zarezerwował wszystkie przestępstwa seksualne na małoletnich przed 18. rokiem życia, popełnione przez duchownych, jurysdykcji trybunału apostolskiego Kongregacji Nauki Wiary. Zobowiązał też każdego biskupa i wyższego przełożonego zakonnego do zgłaszania do tej Kongregacji wszystkich takich przestępstw, których prawdopodobieństwo zostało potwierdzone w dochodzeniu wstępnym, przewidzianym przez Kodeks Prawa Kanonicznego”.

MOLESTOWANY MINISTRANT POGRĄŻA KARDYNAŁA

Przywołany przez hierarchę dokument precyzuje jasno: biskupi mają obowiązek zgłaszania seksualnych przestępstw Stolicy Apostolskiej i doprowadzenia do wstępnego dochodzenia w przypadku zgłoszenia pedofilii. Dlaczego więc kard. Dziwisz nie poinformował Watykanu o sprawie Janusza Szymika? Dziś twierdzi, że o niej nie wiedział. Fakty temu jednak przeczą.

Janusz Szymik, dziś 48-letni mężczyzna, to ofiara wykorzystywania seksualnego. Gdy miał 12 lat i był ministrantem w Międzybrodziu Bialskim, po raz pierwszy zmusił go do seksu proboszcz. Rodzina znała księdza, miała z nim przyjacielskie relacje (schemat obnażony choćby w filmie braci Sekielskich). Szymik cierpi do dziś na zespół stresu pourazowego (PTSD), musiał i musi korzystać z pomocy terapeutów i psychiatrów. Trauma zżerała go całe dorosłe życie. Ma stwierdzoną chorobę nowotworową, jest już po dwukrotnej chemii. Jego historia to opowieść o wieloletnich zaniedbaniach Kościoła i bezsilności ofiary.

Historię Szymika opisują dziś szeroko polskie i zagraniczne media, m.in. w Hiszpanii, Włoszech, Stanach Zjednoczonych. Nic w tym dziwnego, bo nazwisko „Dziwisz” to wciąż na świecie znana i znacząca marka. Tyle że kardynał występuje w tej opowieści jako hierarcha, który wiedział, co działo się w Międzybrodziu, ale nigdy nie zajął się sprawą. Trudno dziś stwierdzić, czy w myśl stosowanej od wieków kościelnej zasady, że skoro to nie jego diecezja, to też nie jego problem, czy też z innych pobudek, choćby znajomości z oskarżanym proboszczem.

Świadectwo ofiary na Franciszkańską miał dostarczyć w 2012 r. ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kopia listu nie zachowała się (podczas kwerendy w kurialnym archiwum oryginału nie znaleziono). To linia obrony kardynała, który twierdzi dziś, że żadnego listu nie dostał, a o sprawie wykorzystywania Szymika nigdy wcześniej nie słyszał.

Lecz Isakowicz-Zaleski jako świadek jest wiarygodny. Duchowny opublikował treść listu, który wręczył kard. Dziwiszowi. Zawarł w nim nie tylko historię Szymika, ale też kilka spraw różnej natury – od pedofilskich przez malwersacje aż do ujawnienia tożsamości księży homoseksualistów. Tu ważna uwaga: Isakowicz zdaje się równać duchownych gejów z pedofilami. Czym innym jest jednak homoseksualizm dorosłych mężczyzn, którzy sprzeniewierzają się swojej wierze, bo nie żyją w czystości, a czym innym seksualne wykorzystywanie dzieci. Nie ma tu i nie może być zgody na znak równości.

Potwierdzenie słów Isakowicza-Zaleskiego można też znaleźć w kolejnych publikacjach, choćby w liście do Watykanu z 2013 r., czyli datowanym na rok później niż ten do kardynała.

KARDYNAŁ Z OFIARĄ SIĘ NIE SPOTKA?

Czy kardynał złamał kościelne prawo, nie informując Watykanu i nie przekazując do rozpatrzenia sprawy Szymika? Wszystko na to wskazuje. Ciąży na nim także odpowiedzialność moralna. Ofiara księdza pedofila zwróciła się do niego o pomoc za pośrednictwem krakowskiego duchownego. Dlaczego wybrała kardynała? Ze względu na to, że w swojej diecezji nie mogła liczyć na wsparcie. Biskup Tadeusz Rakoczy, ówczesny ordynariusz bielsko-żywiecki, nie podjął nigdy kościelnego dochodzenia w tej sprawie, zrobił to dopiero jego następca. Wobec zaniechań Rakoczego Watykan zleciał co prawda dochodzenie, ale prowadzi je abp Marek Jędraszewski, jeden z najbardziej twardogłowych przedstawicieli episkopatu (podczas wspomnianej już konferencji o Kościele wobec pedofilii to z jego ust padły słowa o tym, że hasło „zero tolerancji dla sprawców” ma charakter totalitarny).

Szymikowi i Isakowiczowi-Zaleskiemu wydawało się, że kard. Dziwisz będzie tym prawym człowiekiem, który mimo instytucjonalnej zmowy będzie w stanie wyjaśnić sprawę, a przynajmniej nadać jej bieg. Obaj się pomylili. Kardynał zachował się tak samo jak wszyscy biskupi, którzy udają, że pedofilii w Kościele nie ma. A jeśli nawet ktoś da się przyłapać na wykorzystywaniu dzieci, to jest to tak marginalny proceder, że nie ma wpływu na losy Kościoła powszechnego.

Dlaczego były papieski sekretarz, doskonale znający kościelne prawo, ba, powołujący się na watykański dokument z 2001 nakazujący biskupom informowanie Stolicy Apostolskiej o pedofilskich przestępstwach, zbagatelizował – wszystko na to wskazuje – świadectwo ofiary? I skoro zdarzyło się to raz, czy takich sytuacji nie było więcej? Na te pytania powinna odpowiedzieć powołana przez papieża watykańska komisja. Czy powstanie? Jeśli tak, może pogrążyć kard. Dziwisza, którego autorytet już jest nadszarpnięty. Oświadczenie, że chce wyjaśnienia sprawy przez niezależną komisję, i zadeklarowana chęć spotkania z ofiarą podniosły notowania hierarchy. Ale tylko na chwilę. Gdy w środowe popołudnie zadzwoniłam do Janusza Szymika z pytaniem, czy kardynał się z nim kontaktował, usłyszałam, że ani hierarcha, ani nikt z jego otoczenia – mimo zapowiedzi – tego nie zrobił.

Kardynał Dziwisz jeszcze jako metropolita krakowski powołał Komisję „Pamięć i Troska”, która miała badać akta IPN-u pod kątem współpracy duchownych ze służbą bezpieczeństwa. Na jej czele postawił bp. Jana Szkodonia, dziś oskarżanego o molestowanie nieletniej (sprawa w toku). Sprawom pedofilii nigdy nie nadał podobnej rangi. W tej kwestii wykazał się absolutną niepamięcią i beztroską. Ktoś musi go z tego rozliczać. Zaczął Janusz Szymik, a jego świadectwo może być tym kamykiem, który wywoła lawinę. Co wtedy z latami budowanym autorytetem opiekuna spuścizny Jana Pawła II? Rozpadnie się z hukiem? Zapewne, a wtedy mataczenie hierarchy (trudno inaczej określić wybraną przez kardynała linię obrony) rzuci – może już rzuca – cień na cały pontyfikat Wojtyły

Gazeta Wyborcza, Piątek, 25 września 2020

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.